Z uśmiechem obserwowałam przybyszów. O ile ciotkę Emm znałam - pomijając fakt, że była moją chrzestną - to wielokrotnie była zapraszana przez mamę, co prawda zawsze przyjeżdżała samotnie, upewniając się, że nikt jej nie śledził. Kiedy byłam młodsza uważałam, że to paranoja. Eden był naprawdę dobrze strzeżony, malował mi się jako twierdza nie do zdobycia. Zaklęcia i tarcze ochronne rozciągały się wokół granic Arcadii, nie pozwalając przeniknąć nikomu z zewnątrz. Na straży stała Królowa Motyli, raczej nie chcę wiedzieć, jakim cudem mojej matce udało się ją ściągnąć, ale i tak zapewniała praktycznie nieprzeniknione poczucie bezpieczeństwa. Instytut leżał na terenie rezerwatu, ale został otoczony solidnym murem stworzonym z sieci psychokinetycznej, nad którą pieczę sprawowała właścicielka szkoły. Dzięki temu mogła bez problemu kontrolować ruch, a jej zdolności pozwalały na sprawdzenie intencji przybywających. Całość dopełniały duchy, który podążały ścieżkami, chodnikami, drogami, patrolując teren. Większość z nich dzięki temu miała odkupić swoje grzechy i ,,przejść poziom wyżej", jak mawia Orion. Zawsze uważałam, że nie ma lepszego, a przede wszystkim bezpieczniejszego miejsca na ziemi.
A potem ktoś zamordował kilka duchów. W sumie do tej pory nie wiem, co się dokładnie zdarzyło. Po prostu, w którymś momencie staliśmy na polanie, a po chwili mama stała przed nami i warczała coś w obcym języku. Cokolwiek chciało nas zaatakować zniknęło. W wiadomościach podawali, że wiele szkół zostało jednego dnia zaatakowanych, ale żadnych sensownych informacji niestety nie było.
Wróciłam myślami do rzeczywistości i kiwnęłam głową w stronę cioci.
- Nie ma problemu, mama prosiła żeby ci przekazać, że czeka u siebie w pracowni. - Od rana warzyła jakiś skomplikowany eliksir, potrzebny do czegoś na wczoraj i zdecydowała się póki co nie odstawiać chochelki, licząc na organizacyjny zapał Sahar, która paliła się do roboty. James wywinął się, twierdząc, że pomoże mamie i prawdopodobnie również znajdował się w pracowni. W kuchni rządziło stado skrzatów, które wraz z kilkoma uczennicami, które zostają u nas również na wakacje urządziło ogólne pichcenie na uroczysty obiad, Sky pewnie znowu zasiedziała się w pokoju, a reszta gromady zapewne nadal nie wstała. Pstryknęłam palcami i wszystkie walizki uniosły się w górę, gotowe podążać za swoimi właścicielami. Jeden z nich musiał znać czary, bo podniósł kilka, ale nie chciałam, żeby reszta dźwigała swoje.
- Miło was poznać - zwróciłam się z uśmiechem do nowych znajomych, których w myślach swobodnie ochrzciłam już mianem kuzynostwa. - Pierwszą rzeczą, którą musicie zrobić po wejściu do pokoi jest przyłożenie dłoni do obrazu, który został przybity na drzwiach wewnątrz pomieszczenia. Resztę zrobi magia, zeskanuje wasz odcisk palca, sprawdzi kartę medyczną i przystosowuje pokój do waszych oczekiwań oraz pragnień. Można to zrobić raz w roku, dlatego wybierajcie mądrze. Dopiero po tym na drzwiach pojawi się numer, który będzie wyświetlał się również na dole obrazu. Wszelkie komunikaty, ogłoszenia, plany lekcji czy coś takiego również będą ukazywały się na obrazie. Rzecz, która na nim widnieje nawiązuje do nazwy waszego pokoju. - Poprowadziłam ich w stronę akademika ścieżką z szarych kamieni, prosto przez kwiatowo-ziołowy ogród.
- Teren jest wielki i na początku można się gubić, ale wystarczy sprawdzić na Xnecie mapkę - odwróciłam się, idąc tyłem uniosłam lewą rękę, pokazując pozornie zwykłą bransoletkę. - Potem je dostaniecie, przydział będzie wieczorem na ognisku. Są trochę jak różdżki, to one wybierają właściciela, nie właściciel ich. Są zaklęte, więc mogą dowolnie zmieniać kształt w zależności od waszych myśli. Poza tym służą jako przenośne teleportery. W przypadku zagrożenia wystarczy dotknąć ich i pomyśleć gdzie chcecie się znaleźć. Na większość pomieszczeń nałożono tarczę przeciw niezarejestrowanej teleportacji, ale zamiast się odbić, zostaniecie przeniesieni na dziedziniec, bądź do swojego pokoju. I głównie robią za przenośne tablice informacyjne - potarłam swoje zbiorowisko rzemyków, żeby wyświetlić listę pokoi z zeszłego roku. Chwilę potem ją zamknęłam, gdy dotarliśmy do akademika. Z zewnątrz przypominał ogromną, podłużną szklarnię, ale szklane ściany nie pozwalały zobaczyć co jest wewnątrz, odbijając świat zewnętrzny jak lustra. Weszliśmy do środka i stanęliśmy w długim, kamiennym korytarzu, z którego rozchodziło się mnóstwo dębowych drzwi.
- Powodzenia z wyborem pokoju. Jak się już zadomowicie będę tam - machnęłam dłonią w stronę pierwszych drzwi, które jako jedyne wyróżniały się od reszty - były czarne. - Znajdziecie tam coś w rodzaju pokoju wspólnego. Barek, kuchenka normalna i mikrofalowa, lodówka, kanapa, telewizor, mini biblioteka. - Wyliczyłam i uśmiechnęłam się, widząc ich wyrazy twarzy. - Nie będzie tak źle. Po tygodniu już będziecie się czuć jak w domu.
- Witajcie, jesteście nowi? - Odwróciłam się w stronę jednego z pokoju, z którego właśnie wyszła moja siostra. Rudowłosa podeszła do nas krokiem lekkim jak piórko, wyglądała jakby unosiła się nieco nad ziemią, delikatna, biała sukienka na ramiączkach falowała w rytm jej kroków. Tym razem rude kołtuny zostały zaczesane w wysokiego koka. Szaro-niebieskie oczy błyszczały figlarnie, a na twarzy błąkał się przyjazny, pozornie nieco nieśmiały uśmiech.
- James, Arisa, Gen, Leith, Leia poznajcie Vivekę. Vi, poznaj dzieci cioci Emm - poszerzyłam uśmiech, przy wymienianiu konkretnego imienia wskazując na jego właściciela.
- Miło mi was poznać - wyciągnęła rękę i przywitała się z każdym, ale w odwrotnej kolejności niż przedstawiałam, zatrzymując się nieco dłużej przy najstarszym z gromadki. - Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni z pobytu w Instytucie - dodała. - Wybaczcie, ale się śpieszę. Mam nadzieję, że potem poznamy się bliżej. - Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Cóż, ona zwykle gdzieś się ciągle śpieszy.