sobota, 13 czerwca 2015

Od Stelli

     Mogłabym powiedzieć, że wszystko zaczęło się czymś spektakularnym. Gromy spadające z nieba, burze, w czasie których aniołowie pozwolili sobie na wypłakanie wszystkich swoich żali czy może jakaś wielka, tajemnicza przepowiednia o końcu świata. 
     I tego nie było, i praw bytu żadnych nie miało.
    Z prostej przyczyny - mama zadbała o to, żeby teren Edenu był całkowicie odizolowany od tego typu bzdur. Wyznawała niesamowicie upartą wiarę w możliwości jednostki, twierdząc, że los i przypadek nie powinny określać powodów powstania życia oraz tego typu rzeczy.
     W sumie - było nawet gorzej. Nawet durny budzik nie zadzwonił, bo zapomniałam go nastawić. Jak zwykle obudziłam się o siódmej, ale i tak brakowało mi jakiegokolwiek zalążka rutyny czy jakiegoś znaku, który oświadczyłby, że owszem - dziś jest ten wielki dzień i pora wziąć tyłek w kroki. Pokręciłam z niedowierzaniem głową, pozwalając wesołemu uśmiechowi wpłynąć na twarz. W końcu ranek! Nie mogłam się doczekać rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Dopiero od tego roku mama zdecydowała się udostępnić szkołę również dla chłopców, co oznaczało, że po raz pierwszy Orion i James nie będą czuli się samotnie. O ile pierwszego wysyłałyśmy co roku do coraz to nowszych szkół - sam zainteresowany żartował, że próbuje pobić matczyny rekord w ilości szkół w papierach, o tyle drugi kompletnie się nie nadawał do szkoły. Akademiki, z których nie został wyrzucony przed upływem tygodnia można zliczyć na palcach jednej ręki. W tym roku mieli zostać i pomóc nam z przygotowaniami.
      Zerwałam się z łóżka i pognałam do łazienki. Ochlapałam twarz wodą, następnie rozczesałam jeden, wielki kołtun, który powstał na mojej głowie. Chwilę potem siłowałam się z mundurkiem, który jak na złość postanowił skurczyć się jakimś cudem o przynajmniej dwa rozmiary. Pokręciłam z niedowierzaniem głową, ciekawe kto był taki odważny, żeby od początku próbować wywoływać ze mną wojnę? Wróciłam do pokoju i wybrałam pierwsza lepszą z brzegu szafę, która jak się okazało była zielona, sięgała do kostek i posiadała złote zdobienia oraz szerokie rękawy. Idealna dla mnie, a dzięki cienkiemu materiałowi nie powinnam aż tak bardzo narzekać na upał. Czasem zastanawiałam się, jaki dureń ustala prognozę pogody tam na górze, że zapomina o tym, że skazuje mnóstwo ludu na cierpienia w trzydziestu stopniach w cieniu.
    Wyskoczyłam na zewnątrz budynku, lądując na dziedzińcu. Uparłam się, żeby mój pokój znajdował się jak najdalej od akademika i w ten sposób zmusiłam mamę i Jamesa Starszego do remontu starej szopy, którą z ich pomocą (i magii) zmieniliśmy w moje przytulne cztery ścianki z kącikiem dla każdego.
     Zmrużyłam oczy, orientując się, że nie jestem sama. Większość uczniów przyjeżdża dużo później, ale jak widać ktoś nie chciał się spóźnić. Uśmiech na mojej twarzy tylko się poszerzył. Przeczesałam palcami włosy, mrużąc oczy. Blask magii pochodzący od przybyszów bił wręcz po oczach, a moja moc sprawiała, że wydawał się być jeszcze wyraźniejszy, wręcz namacalny. Podeszłam do nich raźnym, skocznym krokiem i schyliłam głowę na pożegnanie, tak jak uczyła mnie mama.
      - Dzień dobry, pomóc w czymś? Jestem Stella, rozpoczęcie zaczyna się za parę godzin, ale mogę już was zaprowadzić do waszych pokoi. - Po kolei przyjrzałam się nowym twarzom i przy nieco starszej kobiecie musiałam zmrużyć oczy, żeby po chwili rzucić się na jej szyję.
      - Ciocia Emm! Nie wiedziałam, że przyjedziesz, ani że zapisujesz dzieci w tym roku - posłałam jej promienny uśmiech, trochę się od niej odsuwając. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz