sobota, 11 lipca 2015

Od Dante i Shaitana, CD Aaron, Arisa, Akihiro

Irytujące. Światło wpadające przez niewielką szczelinę tworzącą się pomiędzy topornymi zasłonami drażniło spokojnie śpiącego młodzieńca. Bynajmniej parę chwil wcześniej spokojnego i śpiącego, gdyż teraz nieco zaspany podpierał się rękoma o pościel. Powoli rozejrzał się po pokoju, w którym żył od urodzenia, a pomimo to spoglądał na każdy element jak na nowość. Stare firany. Dywan. Pikowany fotel. Lustro. Żyrandol. Powieszone, martwe koty. Komoda. Szafa.... Zaraz... Koty?!
''Witaj Vincencie. Jak Ci się spało? Zostawiłem Ci malutki prezent na przyjemny początek dnia...''
Dobrze mu znany głos rozbrzmiał w umyśle, skierowany prosto do obecnie panującej jaźni, która z zdegustowaniem spoglądała na obdarte ze skóry stworzenia.
- Zdajesz sobie sprawę, że jeśli tu wejdzie Dante to Ci tego nie daruje? Ma alergię na koty. - westchnął wstając, aby zabrać się za odcinanie byłych ofiar Reda, drugiego stanu przejściowego Shaitana. Przy okazji kątem oka zauważył malunek. Płótnem była ściana, a farbą najwyraźniej krew puszystych istot. Dwa wisielce. Parę kruków. Czarna dziura. Jak zwykle od dzieł najdziwniejszego z całej trójki biła niebywała melancholia oraz przygnębienie.
''Wujciu Red, ciemu nie nalysujesz cegoś weselszego?''
Tak, kolejna jaźń Shaitana. Poznajcie Shino. Jego jedyny sens istnienia to sprawianie dodatkowych problemów, jakby było ich za mało. Dziecko w dorosłej skórze. Ewenement do dziś nie wyjaśniony. Podobnie jak ja, czy ten sadysta, który właśnie grozi maluchowi, że z chęcią uczyni z nim to samo, co z truchłami odcinanymi kolejno przez czarnowłosego. 
- Dajcie już spokó... - nie zdążył dokończyć, albowiem do pokoju wkroczył jasnowłosy olbrzym, hacząc przy okazji głową o futrynę drzwi nieprzystosowanych do jego wzrostu. Pierwsze co zrobił wchodząc do pokoju, to szybkie zerknięcie na martwe koty z obrożami z liny leżące na podłodze. Tak jak się spodziewał Vincent, otrzymali porządną burę za zapaskudzenie pokoju - przy czym Red jak zwykle milczał, nie zaprzeczając, ani nie próbując usprawiedliwić, a mały Shino obraził się na najstarszego braciszka za reprymendę. Może nie do końca ze sobą współpracując wyczyścili na tyle, na ile mogli pomieszczenie [paląc przy okazji zwłoki zwierząt na pył] – a następnie wezwani ponownie przez białowłosego do salonu zabrali ze sobą jedynie niewielki bagaż. Tak, to był ten dzień. Mieli udać się do rzekomego Instytutu. Mieli nadzieję, iż w końcu zostanie wyjaśnione, dlaczego w jednym ciele żyją tak skrajnie różne osoby. Może nawet uda się ich rozdzielić? Choć w to niezbyt wierzyli, to była szansa jak jedna na bilion – przy czym przez te lata zdążyli się nauczyć ze sobą żyć i jako tako funkcjonować. Po długim pożegnaniu z matką oraz ciotkami, w końcu mogli wyruszyć. Wybrali jednak bardziej przestarzałą formę transportu niż z reguły niezawodny teleport. Rodzaj międzywymiarowego wehikułu. Było znacznie wygodniejsze od powyżej wspomnianego, a na dodatek nie wywoływał nieprzyjemnych skutków ubocznych jak zawroty głowy czy odruch wymiotny.
- Gdzie jest Aaron? – ciszę przerwał Vincent, odwracając się do starszego brata zapatrzonego gdzieś w pustkę Edenu.
- Wyruszy za parę godzin teleportem. Rzekomo miał coś jeszcze do zrobienia. 
Parę jednostek czasu później zapadł zmierzch, a dwójka rosłych młodzieńców szła terenem szkoły, uważnie zapoznając się z nowym otoczeniem. Po dłuższej chwili odnaleźli wzrokiem ognisko oraz sporą gromadkę ludzi wkoło niego. A nad nią widoczna była głowa czarnowłosego kuzyna, wyraźnie odznaczającego się na tle innych swoim wzrostem.
- Wiesz co, pójdę poszukać łazienki. Idź się z nim przywitać, zaraz dołączę.
Dante skinął jedynie głową, a następnie odprowadził sylwetkę Shaitana do murów budowli, w której wnętrzu zniknął. A zaraz po tym udał się szybkim krokiem do Aarona, któremu znienacka rozczochrał bujną grzywę.
- Nie widzieliśmy się cały tydzień. Gdzieś się ukrywałeś?
Dopiero po chwili zauważył, że przerwał konwersację kuzyna a rudowłosej dziewczyny. Miał ochotę się palnąć za swoją porywczość.
- Wybaczcie, że przerwałem. - ujrzał tylko unoszącą się dłoń w formie gestu uspokajającego. O dziwo zadziałało, albowiem zażenowanie Dantego ze względu na swoje zachowanie nieco spadło. Teraz jednak rozglądał się za swoją zgubą. Gdzież podziewa się Shaitan?

Cóż, Vincent zaczął czuć, iż kończy się jego czas. Ku szczerej radości Red’a, który niemalże zacierał ręce z podniecenia.
‘Tyle świeżej, nowej krwi. Tyle potencjalnych ofiar. Czy trafiłem do samego raju?’
- Nie zagalopuj się, nikt z nas nie chce stąd wylecieć pierwszego dnia. – odburknął pod nosem idąc szybkim krokiem przez korytarz. Lekko dysząc , wbijając palce w krtań zaczynał biec. O dziwo, usłyszał czyjś głos, pomimo iż był pewny co do braku obecności jakichkolwiek istot w holu. Szlag by trafił zakłócenia kontroli nad umysłem.
- Przepraszam bardzo, ale kim jesteś? – zapytał niskim głosem. Po rogach rozpoznał, iż z pewnością jest jakimś rodzajem demona. Ale jakim – tego określić nie zdołał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz