wtorek, 7 lipca 2015

Od Meian, CD ktoś

Prowadzenie Instytutu było zabawą. W pewien sposób traktowałam to jako formę rekreacji, bardziej jako zadanie, aniżeli powołanie. Kiedy po raz pierwszy zaproponowano mi oddanie pod użytek Eden, myślałam, że ktoś próbuje sobie ze mnie zakpić. Nigdy nie byłam w dobrych stosunkach z ,,górą", jedni mnie nienawidzili, inni uwielbiali, ale waga stopnia przychylności bogów do mnie, nadal była po stronie negatywnej. Dopiero po praktykach u Ezekiela poważnie zastanowiłam się nad tą propozycją. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, co chcę zrobić z Rajem. Dopiero po kilku nieprzyjemnych wydarzeniach, które z marnym skutkiem do teraz próbowałam wyrzucić z pamięci postanowiłam założyć szkołę. W uczeniu i organizowaniu miałam doświadczenie, uwielbiałam dzieciaki i święcie wierzyłam, że owszem, szkoły mają nauczać, ale przede wszystkim wychowywać. W pierwszym roku próby stworzenia miejsca w miarę bezpiecznego zasięgnęłam porady u kilku osób, tworząc indywidualny system rekrutacyjny. I chyba tego samego dnia zaczęłam go łamać. Posiadałam własne sposoby, ustalony rytm naboru, a jednocześnie uwielbiałam niespodzianki. I czasem po prostu czułam, że komuś należy dać szansę. Po jakimś czasie ostatecznie zmieniłam system rekrutacyjny na własny, który utrzymuje się do tej pory. Gdy patrzałam na uczniów czułam, że naprawdę to coś dobrego. Ta szkoła, zwłaszcza dla osób, które gładko mówiąc miało problemy. Zdarzyło mi się przyjąć uczniów molestowanych, maltretowanych, ofiary przemocy domowej czy szkolnej, łatwo można było ich wyszukać po wejściu w szkolne mury. Gorzej z wywołaniem odpowiedniej reakcji. Przede wszystkim należało zapewnić im bezpieczeństwo oraz pobyt z dala od przemocy i krzywdy. Część uczennic wielokrotnie uciekała w ciągu ostatnich lat z domu, gdy miały wracać, nabrałam zwyczaju zabierać je ze sobą albo umieszczać w obozach. Tym razem do szkoły przybyło o wiele więcej osób, które potrzebowały nie tyle uwagi, co zwyczajnej troski. Raz, jutro po ognisku zarządzę badania zdrowotne. Potem spotkanie każdego z osobna z psychologiem. Była to standardowa procedura, przeprowadzana na każdym uczniu, ale z tego, co udało mi się wywnioskować, kilka osób, potrzebowało specjalistycznej pomocy już dziś. Prawie rzuciłam kubkiem o ścianę, widząc wielkiego siniaka na twarzy jednej z moich uczennic, czternastolatki, która od czterech lat chodziła do mojej szkoły. Zapisałam w myślach, żeby złożyć wizytę jej rodzinie, przebrała się miarka. Moja ostatnia interwencja widocznie nie pomogła.
- Proszę pani? - Odwróciłam się, słysząc czyjś głos. 
Musiałam zniżyć głowę, żeby przyjrzeć się jego właścicielowi. Ciekawe czego chciał, na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Tak? - odparłam. 

(Ktooosiek? ^^)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz