Czułam się zmęczona. Leżałam plackiem na dachu, otoczona stadkiem kruków, które usilnie próbowały wyżebrać jeszcze trochę okruchów chleba, rzuconych niedbale kilka chwil temu. Już dawno temu zaszło słońce, teren instytutu spowiła wszechobecna ciemność, rozświetlona kilkoma lampionami zawieszonymi w strategicznych miejscach. Mama nie popierała lekceważącego stosunku większości ludzi do zanieczyszczenia światłem, upierając się, że mrok nie jest aż tak zły. Gdybym nie wpatrywała się uparcie w niebo usiane miriadami gwiazd i odwróciła głowę w bok, dostrzegłabym doskonale widoczne ognisko oraz niewyraźne zarysy Duchów, wyskakujących z niebo. Westchnęłam w duchu, przyciągając dłoń z Xnetem do twarzy. Zegarek wyświetlił godzinę dwudziestą trzecią dwadzieścia. Zamknęłam oczy. Jeszcze kilka minut i rozpoczniemy tą dziwną, coroczną grę. Odwróciłam się na brzuch, strasząc ptaki, które uciekły na pobliskie słupy i sznurki do prania, żeby obserwować mnie z bezpiecznej odległości. Westchnęłam, próbując zmusić mięśnie do wstania. Nic z tego, nie miałam ani motywacji, ani niczego, co graniczyłoby z chęcią uczestnictwa w ognisku. Dla mnie było za głośne, zbyt irytujące. Wolałam spędzić czas w spokoju.
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi awaryjnych, którymi sama weszła. Ziewnęłam szeroko.
- Spadaj, Stella. W tym roku nie dam się zaciągnąć na żadne durne podchody - warknęłam ze znudzeniem.
- Przeszkadzam? - Dobra, to zdecydowanie nie był głos mojej starszej siostry. Otworzyłam oczy, spoglądając prosto w tęczówki mojego rozmówcy.
(Ktoś?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz