Wróciwszy dopiero co z rozmowy z dyrektorką stanęłam w cieniu dębu patrząc na przebiegające obok mnie dzieciaki i pozwoliłam sobie na chwilę rozmyślań nad swoją aktualną sytuacją. O dziwo nie bałam się. Nie miałam też ochoty skakać i drzeć się z uciechy. Po prostu byłam zaciekawiona i pełna nadziei. Czy sobie poradzę? Czy będę dobrą nauczycielką? Czy na dzień dobry nie zrażę do siebie wszystkich uczniów? I wreszcie, czy poczuję się w końcu jak w domu, jak na właściwym miejscu w całym wszechświecie? Tyle pytań. Ale przyszłość przyniesie odpowiedzi. I to przyszłość bardzo bliska. Zaśmiałam się i odwróciłam w ostatniej chwili, aby odskoczyć przed pędzącą dziewczynką. Stwierdziłam że tak być nie może i ze zwinnością wiewiórki wspięłam się na drzewo i usiadłam na solidnie wyglądającej gałęzi. Pal licho moją godność, przynajmniej dożyję dnia jutrzejszego i dobrze będę widzieć podopiecznych. No i… Miałam książkę. Czego chcieć więcej?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz