- Idiotyzm się szerzy - wymamrotałem pod nosem i skierowałem się w stronę gabinetu dyrektorki. Po pięciu minutach w Instytucie nadal nie wiedziałem, czym tak ekscytowała się moja matka. Było mnóstwo szkół o wiele bardziej znanych, ciekawszych i przede wszystkim z większą renomą. W końcu, co to za szkoła, która w dzisiejszych czasach nie ma własnej strony internetowej?! Gorzej, w całe sieci nie ma nawet słowa na jej temat? Tak się przecież na czystą logikę nie godzi.
Jak się okazało - wszyscy znajdowali się już na tym ognisku, co wywnioskowałem z pozostawionej na drzwiach kartki. Z westchnięciem zostawiłem bagaże przy punkcie orientacyjnym, a potem poszedłem szukać tłumu. Tam gdzie jest tłum, jest i dyrektorka. A razem z nią na pewno mój klucz do pokoju albo cokolwiek, czym tutaj można drzwi pokoju w akademiku otworzyć.
Dobra, niej jest tak źle. Ogień buchał wszem i wobec, a już po chwili doskoczył do mnie jakieś na wpół ludzkie monstrum skrzyżowane z ogniem czy jakoś tak. Na mojej ręce pojawiła się dziwna, srebrna bransoleta. Dobra, to było zdecydowanie dziwne. Poprawiłem okular i rozejrzałem się wokoło. Kilka osób się na mnie, gładko mówiąc, gapiło, rzekłbym, ale jestem ponad kolokwializmami. Zrezygnowany nałożyłem słuchawki na uszy i puściłem muzykę, żeby zagłuszyć wrzaski dzieciarni. Skierowałem się w stronę pierwszego-lepszego stolika, zdecydowanie było za gorąco. Jak na złość pojawił się ten czarnowłosy Niziołek. W oczy zdecydowanie rzucała się różnica wzrostu pomiędzy nami, jakieś trzydzieści parę centymetrów na dobrą sprawę. I jak na złość musiała ruszyć tym łokciem, naprawdę, idiotka. Spojrzałem na rosnącą na jej bluzce plamę.
- Uważaj gdzie lesiesz - powiedziałem, wzdychając.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz